Zakupowe dzieciństwo

c20Sobotnie popołudnie. Weekend to dla wielu rodziców jedyna okazja do wybrania się na większe zakupy, na zrobienie zapasów na dłuższy czas, by w ciągu tygodnia nie myśleć już o tym i tuż po pracy padać na twarz objeżdżając wózkiem cały sklep i nie mając siły myśleć o tym, co najpotrzebniejsze. Jeśli masz dziecko, zwłaszcza małe dziecko, z pewnością zabierzesz je ze sobą. Zawsze obiecujesz sobie, że zakupy potrwają górę godzinkę, a potem całą rodziną wybierzecie się na przejażdżkę, na lody albo spacer po parku. Czasem nie wystarczą tylko dobre chęci, każdy z nas wie, ile razy przegrywają boleśnie z promocjami, okazjami i obniżkami cen. Na zakupach spędzamy całe dnie, targając za sobą wózek z maluszkiem albo ciągniemy swoją latorośl za rękę- nieraz prawie włócząc go po podłodze, mając przy okazji pretensje, że za wolno chodzi. Zanim zabierzesz swoje dziecko na zakupy, przypomnij sobie swoje dzieciństwo. Czy byłeś zadowolony, kiedy musiałeś spędzać tyle czasu na rzeczach, które cię nudzą i męczą? Czy lubiłeś, kiedy rodzice zabierali Cię na zakupy? Czy podobało ci się, kiedy przy okazji spotykali tam swoich znajomych, a podczas ich rozmowy ty pragnąłeś z całego serca iść już do domu? Większość dorosłych ma właśnie takie wspomnienia z okresu dziecięcego. Dlatego jeśli planujemy dłuższy „shopping”, powierzmy swoje maleństwo babci lub dziadkowi. Po pierwsze- będziemy mogli na spokojnie kupić to, czego potrzebujemy, a po drugie- nie będziemy narażać dziecko na nudę, tłok i hałas, który często towarzyszy atmosferze zakupów- chociażby głośna muzyka puszczana z głośników (czasem nawet w każdym sklepie inna). Dziś hipermarkety znalazły rozwiązanie- w wielu z nich istnieją bawialnie dla dzieci, w których można zostawić swoje dziecko na czas zakupów. Ale jeśli twoje zakupy trwają parę godzin, nawet taka rozrywka po czasie stanie się dla dziecka nudna. Dlatego najlepiej róbcie zakupy samotnie, a potem zabierzcie dziecko na spacer, nie do zatłoczonego centrum handlowego.

Wyjadanie produktów to także kradzież! O sklepowych złodziejach.

c19Każdy sklep walczy z odwiecznym problemem kradzieży produktów. Może się zdawać, że dotyka to wyłącznie sklepy z rzeczami drogocennymi – biżuterią, markowymi ubraniami lub sprzętem elektronicznym. Nic bardziej mylnego. Oczywiście takie kradzieże mają miejsce w każdej sekundzie, jednak przyćmiewają drugi problem – podjadanie jedzenia, zwłaszcza w supermarketach. Wbrew pozorom to mniejsze zło jest jeszcze bardziej uciążliwe niż kradzież rzeczy ekskluzywnych. Te drugie wyposażane są w specjalne zabezpieczenia utrudniające „wynoszenie” ich ze sklepu, rozmaite płytki ukryte w kieszeniach spodni lub nawet komputerach, klipsy na ubraniach i tym podobne rzeczy. Wszystko ma służyć temu, by ochrona przy przejściu przez znane wszystkim pikające bramki mogła zatrzymać złodzieja. Jest to w miarę skuteczne, ale wprawieni złodzieje poradzą sobie ze wszystkim! Prawie ze wszystkim- to jakby bitwa między sprytem a cwaniactwem. Producenci postanowili zabezpieczać swoje produkty już przy ich produkcji, np. montując wspomniane płytki w środku podeszwy buta. W każdym razie dobrze wiemy, że kradzieże były i będą obecne. Jak już zostało wspomniane, innym rodzajem kradzieży jest podjadanie produktów ze sklepu. Jest to oczywiście dużo bardziej możliwe w hipermarketach. Nie musimy wynosić cukierków- możemy zjeść je na miejscu i liczyć na to, że umknęło to kamerze. Podobnie sprawa ma się z napojami, owocami, a nawet alkoholem (!). Można walczyć z taką nieuczciwością, ale gdyby chcieć zapanować nad każdym podjadającym klientem, odwróciłoby to uwagę od sprawy dużo bardziej kosztownej. Przynajmniej na pozór- po przeliczeniu okazuje się, że w ciągu miesiąca sklepy tracą mnóstwo pieniędzy na samym „częstowaniu” się orzeszkami… i choć jest to bardziej ludzkie niż próby kradzieży laptopów pod kurtką, również nie jest uczciwe- wystarczy wyobrazić sobie, że każdy klient zabiera sobie jedną rzecz.. Czyż półki sklepowe nie świeciłyby pustkami?

Wszystko po 4 złote.. i nie tylko.

c18Chyba każde miasto może pochwalić się dużą ilością takich sklepów. To, co nam oferują można określić prosto i zwięźle : mydło i powidło.. począwszy od bielizny, skończywszy na żyrandolu. Wielki „boom” na tego typu miejsca pojawił się około czterech lat temu. Wtedy były jeszcze czymś niespotykanym i wszyscy dopatrywali się pułapek. Nie dopatrzyli się, ale za to sami zapoczątkowali tworzenie ich. Wcześniej witały nas szyldy „Wszystko po 4 złote” i było to rzeczywiście dokładnie wszystko w ten samej cenie. Teraz do łez potrafi rozśmieszyć paradoks : „Wszystko po 4 złote i nie tylko”. W afekcie okazuje się, że za cztery złote możemy kupić tylko najbardziej tandetne produkty, a reszta może kosztować nawet 50. Kolejny chwyt marketingowy, na który dajemy się nabrać. Weszliśmy do sklepu z nadzieją znalezienia ładnych, tanich rzeczy. Tanich niestety nie mieliśmy przyjemności odnaleźć, ale są ładne.. I drogie, ale to już szybko nam umyka i mimo wszystko kupujemy je. Zabawne. Nie można zaprzeczyć jednak temu, że niektóre z tych sklepów „za czwórkę” rzeczywiście są wiarygodne i można kupić tam wiele przydatnych rozmaitości. Lecz nie łudźmy się, że ich jakość będzie zdumiewająco dobra, zwłaszcza jeśli chodzi o kosmetyki czy perfumy- zdecydowanie nie są to produkty dobrego gatunku, raczej jest to najniższa półka. Ale cóż, adekwatna do ceny, taka jest prawda. Możemy mieć prawie stuprocentową pewność, że używając tamtejszych szminek czy dezodorantów nabawimy się uczulenia. W kupowanie takich produktów w tego typu sklepach raczej nie inwestujmy, bo jeżeli chodzi o zdrowie, najlepsze są sprawdzone firmy. Ale raczej nieszczególnie zależy nam chyba na jakości na przykład spinaczy do wieszania bielizny lub wieszaków i jeżeli mamy do wyboru kupić je za 4 złote za komplet niż po 1 złoty każdy osobno w innym sklepie, to.. chyba sami wiemy, co zrobimy. Stąd sklepy z artykułami po 4 złote mają swoje dobre i złe strony. O ile faktycznie znajdziemy tam produkty kosztujące właśnie tyle, a nie dziesięć razy więcej.

Sprzedam ci wszystko, czego nie potrzebujesz- jestem akwizytorem!

c17Pewnie zapukał również do twoich drzwi. Akwizytor. Krwiożercza bestia, najbardziej natrętny typ handlowca- „domokrążca”. Słyszysz pukanie do drzwi. Jest to coś więcej niż pukanie do drzwi- to pukanie do twojego serca. To tylko twoja decyzja, czy zatrzaśniesz przed nosem drzwi okazji twojego życia! Każda wizyta akwizytora może je zmienić- tak przynajmniej sami zapewniają. Choćby mieli sprzedać ci rzecz zupełnie bezużyteczną (zazwyczaj takie proponują), kupisz ją, nawet za dwukrotnie wyższą cenę. Nawet jeśli wydaje ci się, że jesteś nieugięty, asertywny i stanowczy, masz przed sobą człowieka, który ma za sobą skończone dziesiątki kursów manipulacji i skutecznego marketingu. Słyszysz : „niech pan kupi ten zestaw szczoteczek- błyskawicznie wybielają zęby, skutecznie radzą sobie z osadem na zębach!” i może nieszczególnie działa to na ciebie, ale kiedy słyszysz, że jeśli kupisz dwie takie szczoteczki, dwie kolejne dostajesz gratis, zaczynasz się zastanawiać. Uwielbiamy dostawać coś za darmo. Oczywiście nie płacimy za dwie szczoteczki, ale cztery, ale uświadamiamy to sobie dopiero po tym, kiedy zdecydujemy się na ich zakup. Wtedy przychodzi czas na kalkulację. Mamy w ręku cztery szczoteczki do zębów, choć właściwie niedawno kupowaliśmy nowe… I tak to działa. A działa zwłaszcza na ludzi starszych, którzy są szczególnie podatni na manipulacje. Podstawą takiego handlu jest oddziaływanie na emocje, dawanie poczucia, że taka okazja nigdy więcej się nie powtórzy, że to jedyna taka szansa. Bardzo często ulegamy- choćby nawet dla świętego spokoju. Chwilowego świętego spokoju. Głośno było o przypadkach, kiedy starsza kobieta kupiła od akwizytora ciśnieniomierz za ponad osiemset złotych! Dziś akwizytorzy coraz rzadziej pukają do naszych drzwi, może przekonali się, że żerowanie na portfelach i uczuciach innych jest ciężkim zadaniem. I dobrze- sami powinniśmy wiedzieć, na co przeznaczyć pieniądze i nie ulegać chwilowym fascynacjom.

Rzecz „z kocyka”- kupowanie na pchlim targu

c16Niejednokrotnie spotykaliśmy się ze sprzedawaniem produktów „z kocyka”- rozumiemy przez to objazdowe stoiska na ulicach, giełdach, bazarach. Produkty oferowane przez takich sprzedawców to rzeczy.. raczej bardzo unikalne. Zazwyczaj to towary nieprzydatne im samym- kasety wideo, maszyny do pisania, książki, budziki, używana odzież, biżuterię. Czy warto kupować na „kocykowych stoiskach”? W zasadzie nie widać przeciwwskazań. Rzeczy te na pewno są unikatowe, zazwyczaj są to bowiem pojedyncze sztuki i czasem można znaleźć coś naprawdę niesamowitego. Czasem możemy spotkać się z określeniem takiego zjawiska mianem „pchli targ”, ale wówczas mamy na myśli dużo większe „przedsięwzięcie”. Od czego właściwie wzięła się nazwa pchli targ? Narodziła się najpewniej w Paryżu, gdzie jeden z bazarów został nazwany Marché aux puces, co po przetłumaczeniu na język polski oznacza „bazar z pchłami”. Obecnie pchle targi najbardziej spopularyzowane są głównie w USA, Holandii czy Wielkiej Brytanii. Na pewno plusem takich targów są niskie ceny (jeśli umiemy się targować, to są to naprawdę niskie kwoty), gdyż sprzedawcy nie wkładają w pchli targ pieniędzy i zależy im na pozbyciu się staroci przy jednoczesnym wzbogaceniu się. Warto jednak mieć na uwadze to, że zakupione tam płyty CD lub płyty z filmami najczęściej są pirackie, a za posiadanie takich grożą wysokie grzywny. Często nieświadomi tego ludzie zakupują takie „bajery”, będąc pewnymi, że są oryginalne- szczególnie jeśli sprzedawca jest bardzo przekonujący. Nie oszukujmy się jednak, chyba każdy wie, ile kosztują płyty w sklepach muzycznych! W każdym bądź razie jest to dobra okazja dla ludzi, którzy lubią poszperać w starociach i czerpać satysfakcję z nabywania ciekawych, niespotykanych rzeczy. Czasem jest nawet możliwość wymiany rzeczy i jest to jedna z głównych idei pchlich targów. Mimo upływu czasu, tego typu sprzedaże są wciąż szeroko popularne i zauważalne, nawet na.. przystankach autobusowych!

© 2009 Copyright - Portal - Kupowanie - Wszelkie prawa zastrzezone.